tadeuszcymanski
tadeuszcymanski.blog.interia.pl
Notki
Dlaczego Rzecznik Praw Dziecka musi odejść? 2008/04/16
Z kilku ciekawych i ważnych spraw z ostatnich dni wybrałem dość nietypową, dotyczącą zabiegów PO i SLD o odwołanie Rzecznika Praw Dziecka, pani Ewy Sowińskiej.
Czy jest sens zabierać głos w sprawie osoby, która została poddana dość intensywnej medialnej „obróbce”, podczas której przypisano jej działania ośmieszające i kompromitujące sprawowany przez nią urząd? Zadanie jest tym bardziej niewdzięczne, że opinia publiczna większość informacji i zarzutów wobec RPD potraktowała – co naturalne – na poważnie i jest za jej odwołaniem.
Niezależnie od politycznego ryzyka postanowiłem głos zabrać i to z kilku powodów. Chodzi mi nie tyle o obronę samego rzecznika, co raczej pewnych zasad i obyczajów, które powinny być respektowane i szanowane, a które zostały moim zdaniem w tym przypadku złamane i podeptane. I chociaż cichy kapturowy sąd PO-SLD nad panią rzecznik już się dokonał, to nie znaczy, że nie podlega on ocenie i to ocenie demaskującej intencje całej akcji.
Jestem daleki od zachwytu nad stylem i sposobem sprawowania urzędu przez obecną panią rzecznik. Jej widoczny dystans i obawa przed mediami (czemu sama nie zaprzecza!), a także kilka niefortunnych zachowań - zwłaszcza głośne zabranie głosu w obronie abpa Wielgusa (wysłane na urzędowym druku do Watykanu) - może być traktowane jako wyraźne przeciwwskazanie do pełnienia piastowanej funkcji, może być też powodem do konkretnej krytyki. Nie o to jednak tu idzie.
Chodzi o to, że we wnioskach PO i SLD postawiono zarzut sprzeniewierzenia się, z czym kłóci się treść uzasadnienia do proponowanych uchwał. Okazuje się, że większość zarzutów, w świetle dokładnych wyjaśnień RDP, jest bezpodstawna, a te, które mogłyby się ewentualnie utrzymać, są bardzo wątpliwe i dyskusyjne.
I tak najsławniejsza, i zdaniem oskarżycieli ośmieszająca urząd sprawa teletubisia okazuje się być farsą i efektem zgrabnej (może raczej perfidnej!) dziennikarskiej prowokacji.
Otóż sprawdzenie, czy problem homoseksualizmu w bajce „Teletubisie” występuję, nie był, jak to fałszywie prezentowano w mediach, wykwitem chorej wyobraźni pani rzecznik, homofobii czy też probierzem, jakimi sprawami ona się zajmuje, a jedynie reakcją na wyraźną sugestię dziennikarza tygodnika „Wprost”, który zdecydowanie w wywiadzie z RDP taki problem sygnalizował. Indagowana Ewa Sowińska po zadaniu pytania uznała, że najlepiej będzie, jeśli opinię na ten temat wyda psycholog – taka reakcja była nie tylko jej prawem, ale i obowiązkiem!
Niektóre z pozostałych zarzutów tylko wymienię, pozostawiając komentarz Czytelnikom:
- poparła program „Zero tolerancji dla przemocy w szkole”;
- wyraziła pogląd zezwalający na karcenie dzieci - „klaps naprawdę nikomu krzywdy nie zrobi , a nauczy dyscypliny” (aktualny Kodeks Rodzinny i Opiekuńczy daje rodzicom prawo do karcenia własnych dzieci);
- wyraziła zamiar zakazu przebywania w miejscach publicznych (np. na dyskotekach) w porze nocnej osób nieletnich;
- wyraziła pogląd, że oglądanie filmów nasyconych agresją oraz słuchanie bardzo głośnej muzyki szkodzi rozwojowi dziecka w łonie matki i może być przyczyną wielu zaburzeń rozwojowych.
Oprócz oceny stawianych zarzutów i argumentów RPD istotny jest także precedens odwołania osoby wybieranej przez parlament w trakcie trwania kadencji, co może otworzyć drogę do podobnych działań w przyszłości. Uważam, że prawdziwym motywem odwołania jest inna wizja praw dziecka obozu PO-SLD, wizja dziecka „wyzwolonego”, z maksymalnym zakresem praw, wychowanie bezstresowego, z ograniczeniem zakresu władzy rodzicielskiej (są inicjatywy zastąpienia w kodeksie terminu „władza rodzicielska” na „piecza”).
Obecna rzecznik preferuje wizję praw dziecka w ścisłym powiązaniu z prawami rodziców i wychowawców, nie wyrzuca z obiegu, nie marginalizuje takich słów, jak „karność”, „posłuszeństwo” czy „obowiązek”. Jest przez to mało atrakcyjna, mało nowoczesna, mało postępowa, konserwatywna i zachowawcza. Może dlatego musi odejść?
<b>Dwie pieczenie PO na medialnym ruszcie </b> 2008/03/20
Jesteśmy obecnie świadkami ogromnego sporu o rolę i miejsce mediów publicznych w Polsce. Wszystko za przyczyną inicjatywy legislacyjnej PO o zmianie Ustawy o radiofonii i telewizji z 29.12.1992 roku.

Pod hasłem „powrotu do normalności” oraz „odbicia zawłaszczonych przez PiS mediów publicznych” posłowie PO wystąpili z projektem, którego główne tezy wprowadziły w konsternację, a nawet w osłupienie przeważającą część opinii publicznej, w tym także środowisk politycznych i zawodowych, tradycyjnie przychylnych obecnemu obozowi rządzącemu. Powodem takich reakcji była przede wszystkim zawarta w projekcie propozycja całkowitego podporządkowania mediów - i co najbardziej zdumiewające: nie tylko publicznych, ale i prywatnych - władzy wykonawczej, bezpośrednio bądź pośrednio, poprzez urzędy całkowicie uzależnione od rządu. W praktyce oznaczałoby to całkowite spacyfikowanie KRRiTV poprzez odebranie jej dotychczasowych kompetencji, co do których posiadania obligują litera i duch stosownych zapisów w Konstytucji.

Nie bacząc na głosy życzliwej krytyki ze strony twórców i autorytetów, nie licząc się z protestami opozycji, lekceważąc znamienny głos ludzi pracujących w radiu i telewizji, a nawet nie konsultując założeń z koalicjantem, PO pojęła próbę przeforsowania tej szkodliwej i nieprzygotowanej ustawy. Bez zażenowania i odrobiny wstydu przedstawicielka wnioskodawców, pani poseł Śledzińska-Katarasińska, publicznie przekonywała, że przejęcie pełnej kontroli nad mediami przez ministra skarbu, a w zakresie przyznawania częstotliwości i koncesji przez UKE nie jest złamaniem konstytucyjnej zasady niezależności mediów, i - co więcej - że mieści się to w standardach UE. Nie docierały do niej żadne argumenty opozycji, a nawet wyraźnie skonfundowanego i zakłopotanego koalicjanta.

Do świadomości rozgrzanej i rozzuchwalonej (sondażami???) PO dotarła dopiero groźba skutecznego weta prezydenta. Wobec takiej perspektywy pojawiła się seria naprędce przygotowanych zmian, które w założeniu miały udobruchać, a to oburzoną opinię publiczną, a to potrzebnego do przeforsowania sprawy Lid-u. Zmiany te miały charakter kosmetyczny i maskujący. Wg nich, na przykład, decyzje Ministerstwa Skarbu miałyby zastąpić głosowania na sali sejmowej, gdzie przecież i tak rozstrzygające będzie zdanie premiera. W tej sytuacji otwarte pozostaje pytanie: czy LiD da się nabrać na przysłowiowe „plewy” oraz jaką cenę przyjdzie zapłacić Platformie za przystąpienie LiDu do tej swoistej gry pozorów?

Jakby nie dość całego ambarasu to na konferencji prasowej Platforma obwieściła rychłą likwidację abonamentu radiowo-telewizyjnego dla wszystkich emerytów i rencistów. Ten bardzo inteligentny i sprytny pomysł w swojej głębokiej treści jest wyjątkowo perfidny i wyrachowany. Jego staranna i dokładne analiza pozwala dostrzec, jakimi sposobami, a mówiąc bardziej dosadnie: chwytami, PO chce dbać o własne interesy partyjne.

Od kilku miesięcy czołowi politycy PO krytykowali ten abonament sugerując, że jest zły i niepotrzebny. Wypowiedzi te nabierały cech wręcz namawiania i zachęcania do jego niepłacenia. W języku elementarnej kultury politycznej postawa taka musi być nazwana sabotażem państwa. Czym innym jest bowiem uprawniona krytyka obowiązującego prawa i dążenie do jego zmian, a czym innym namawianie do jego łamania. Pan premier posunął się nawet do tego, że nazwał abonament „hańbiącą daniną”. A że przykład idzie z góry, to nie może dziwić fakt, iż wpływy abonamentowe w styczniu i lutym uległy jeszcze większemu, dramatycznemu zmniejszeniu (spadek w granicach 20-30%).

Zamiast dokonać godziwych podwyżek świadczeń emerytalnych i rentowych, w granicach np. 100 zł miesięcznie, Platforma uruchamia oto spektakularne darowanie abonamentu, co oznacza około 200 zł rocznie. Sprytne, co? Założenie jest proste – blokując zwiększenie i tak już bardzo skromnej waloryzacji emerytur i rent (6,3 % nie zrekompensuje rzeczywistego wzrostu cen żywności, energii i lekarstw w okresie ostatnich dwóch lat ), PO rzuca w zamian jedynie namiastkę rzeczywistej pomocy.

Jest jeszcze druga pieczeń PO szykowana na tym samym ogniu: osłabienie i odcięcie mediów publicznych od pieniędzy płynących z abonamentu (a więc niezależnych od widzimisię tych czy tamtych aktualnie rządzących). A przecież słabe i pogrążone w kłopotach finansowych media to idealny kąsek do sprywatyzowania dla schowanych w cieniu i czekających na swoją godzinę potężnych rekinów finansjery. O co naprawdę idzie gra? Na to pytanie może sobie odpowiedzieć właściwie każdy krytycznie myślący Czytelnik i to niezależnie od tego, czy jest zwolennikiem Platformy, czy PiS-u…

Jest jeszcze jeden aspekt całej tej historii: jest ona całkowitym zaprzeczeniem składanych ostatnio przez premiera zapewnień, który tłumacząc się z braku składanych przez rząd projektów ustaw podkreślał, że wynika to ze zmiany podejścia do legislacji – nie ilość lecz jakość. Premier podkreślał, że każda ustawa będzie starannie i to nawet kilkakrotnie przemyślana, zanim zostanie złożona u marszałka Sejmu, a swoją determinację wyraził słowami [cyt.]: „I nikt mnie z tej drogi nie zepchnie”.

Jak owo kilkakrotne przemyślenie ustawy przez Platformę wyglądało w przypadku omawianej ustawy, odpowiedzcie sobie Państwo sami. Masy cudzych, ale również licznych własnych poprawek już w trakcie procesu legislacyjnego nie da się ukryć – nie wynikają one bynajmniej z olśnienia czy też twórczej dyskusji. Są natomiast dowodem na to, że ustawa była nieprzygotowana, a sama inicjatywa wynikała li tylko z pobudek politycznych. Kuriozalne jest, że w pierwotnym projekcie nie umieszczono w ogóle zapisów dotyczących abonamentu, choć właśnie tam, tak jak to ma miejsce obecnie, powinny się znajdować.
<b>Czas spełniania obietnic PO</b> 2008/03/20
Ani się obejrzeliśmy, a już ponad trzy miesiące nowych rządów za nami. To bardzo niewiele, ale wystarczająco dużo, aby pierwsze spostrzeżenia poczynić, porównać słowa z czynami - bez zbytniej surowości, ale też i bez pobłażania.

Stare porzekadło mówi, że „polityk żyje z obietnic”. To zrozumiałe, że politycy, prezentując w czasie kampanii swoje programy i pomysły, wypowiadają również obietnice, i jest chyba tak, że z reguły są one jakby trochę na wyrost. Bywa jednak, że w atmosferze politycznej walki, w prawdziwej, przedwyborczej gorączce, kiedy niepowstrzymane pragnienie władzy odbiera trzeźwość myśleniu, że właśnie wtedy wszelka miara jest przekraczana – śmiałość przechodzi w czelność i tupet, a odwaga staje się szaleństwem obietnic bez pokrycia.

Jest też stare, mądre powiedzenie: ”Prawda jest córką czasu”. Sądzę, że tak jak zawsze w historii, tak i tym razem dopiero upływ czasu i to nieco większy niż owe przyjęte zwyczajowo 100 dni pokaże, a obawiam się, że raczej obnaży rzeczywistą wartość i realność przedwyborczych – ale co zdumiewające! – również powyborczych obietnic PO, zwłaszcza tych, które usłyszeliśmy w exposê Premiera.

W przeszłości zdarzało się nieraz być świadkiem zapowiedzi realizacji celów ekstremalnie trudnych do realizacji, co następnie było chętnie podchwytywane przez opozycję, która dany temat przypominała, wypominała i waliła w niego jak w przysłowiowy bęben. Przeżyliśmy i my w PiS-ie taka historię – ambitny program budowy 3 mln mieszkań jest do dzisiaj cytowany przez naszych przeciwników, bardziej elegancko – krytycznie, mniej – prześmiewczo. To pouczające, ale i bardzo podatne do skojarzeń.

W retoryce przedwyborczej Platformy pojawiło się słowo „cud”, co musi przywoływać głośną wypowiedź Leszka Millera sprzed lat , kiedy to stojąc na czele zwycięskiego SLD, sam zresztą nazywany „żelaznym kanclerzem”, zapowiedział, że jeśli tylko zechcemy, to na wierzbie pojawią się gruszki. Jaki był finał tej historii i całej formacji? Wszyscy wiemy. Smutna i pouczająca to sprawa. Czy tak będzie również tym razem? Wydaje się, że tak być nie musi, niemniej widać gołym okiem, że Platforma popełnia ten sam grzech.

Obiecując znaczącym i bardzo licznym grupom społecznym poprawę ich sytuacji socjalnej, zwłaszcza w sferze dochodów, PO powinna mieć świadomość istniejących ograniczeń, ograniczeń, w których powstaniu sama aktywnie współuczestniczyła. Przykładem jest ubiegłoroczna, bardzo znacząca obniżka składki rentowej o 7% (5% pracownicy i 2% pracodawcy), która powoduje konsekwencje dla budżetu grubo przekraczające 20 mld złotych! Jeżeli do tej operacji, bardzo śmiałej i odważnej, ale również budzącej kontrowersje, klub PO złożył poprawkę o podwyższenie redukcji o dodatkowe 2% (!), to składanie obietnic płacowych tak naprawdę bez pokrycia musi być odczytane jako przejaw nieodpowiedzialności bądź też całkowitej ignorancji. Tę drugą możliwość odrzucam z uwagi na obecność w tej partii licznych ekonomistów, choć dla tego tematu wystarczy dobry rachmistrz.

Dokonywanie sztuczek, językowych interpretacji i karkołomnych wykładni własnych wypowiedzi przedwyborczych niewiele tu pomoże. To przysłowiowa „musztarda po obiedzie” – w końcu najważniejsze jest nie to, co się mówi (a wypowiedziano wiele, wiele deklaracji i to bardzo dosłownych), ale jak to zostanie zrozumiane i przyjęte.

Nie jest dla nikogo tajemnicą, że ogromne nadziej zostały rozbudzone. A obecnie nadchodzi czas ich spełnienia…
<b>Debata i przypomnienie</b> 2008/02/08
Mój debiut w tym internetowym miejscu zbiega się niestety z dość smutną, wręcz żałosną debatą sejmową... Mam na myśli przełożoną przed dwoma tygodniami z powodu tragedii w Mirosławcu debatę na temat chorej służby zdrowia.

Oczekiwano, że będzie to gorąca, pełna spięć dyskusja posłanek i posłów, która - jak sądzono - mogła brzmieć niepoważnie w czasie żałoby narodowej.

Prawda okazała się banalna: nie było o co się spierać, bo nie było o czym dyskutować! Mówiono o tym, kto za co odpowiada, kto jest czemu winny. Smutne, ale prawdziwe jest to, że wciąż nie ma obiecywanych projektów ustaw dotyczących służby zdrowia. Czyli nie można rozmawiać o terapii wobec chorego.

Mam wrażenie, że jeżeli nawet owe projekty powstaną, to będą to projekty poselskie, a nie rządowe, bez jasno określonego ojcostwa. Że podpiszą się pod nimi posłowie partii rządzącej, a nie bedący w trakcie kampanii prezydenckiej premier czy inni członkowie rządu.

Dla Polaków nie jest ważne to, czy jakiś prokurator kąpał się z laptopem, ale to, czy w nieodległej przyszłości będą mogli jeszcze korzystać z usług służby zdrowia. Jest ona ciężko chora i jak wkrótce nie zacznie być naprawdę uzdrawiana, to znajdzie się w sytuacji pacjenta na odziale intensywnej opieki medycznej i będzie trzeba ją ratować w warunkach frontowych...

Jeżeli miałoby być prawdą to, co opisała jedna z gazet, że w porywie ograniczania gwarantowanych świadczeń nie będą finansowane takie zabiegi, jak laparoskopia czy nawet stulejka u małych chłopców, to włos się jeży na głowie!

Post Scriptum:

Chciałbym głośno przypomnieć wszystkim, a zwłaszcza tym, którzy zdają się o tym nie pamiętać, że w październiku 2007 roku wybory w Polsce wygrała Platforma Obywatelska, która od 16 listopada rządzi tu razem z PSL, i która od tego dnia ponosi pełną odpowiedziałność za wszystko, co się w naszym kraju dzieje!

O mnie 2008/02/01
Tadeusz Cymański 

Zostałem posłem VI kadencji w wyborach 21 października 2007 r. z listy Prawa i Sprawiedliwości, w okręgu wyborczym nr 25, Gdańsk. 

Staż parlamentarny: poseł III kadencji, poseł IV kadencji, poseł V kadencji.
Klub Poselski: Prawo i Sprawiedliwość. 

Ur. 6 czerwca 1955, w Nowym Stawie. Stan cywilny: żonaty. Wykształcenie: wyższe. Zawód: ekonomista.
<< Maj 2012
PonWtŚrCzwPiąSobNie
123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031
Księga gości
 
Zobacz serwisy INTERIA.PL